
Był schyłek XVIII wieku. W Genui, obok schroniska dla ubogich, bawiła się gromadka obdartych dzieci. Rej wodził Niccolò Paganini, który bardziej przypominał małpkę niż dziecko. Urodził się w nocy 27 października 1782 w rodzinie Antoniego Paganiniego, kupca i hazardzisty. Despotyczny ojciec powtarzał: „Zrobię z ciebie znakomitość, ty przeklęta małpo!” Zamykał syna ze skrzypcami w komórce, głodził i zmuszał do kilkunastogodzinnych ćwiczeń.
Gdyby nie matka, Niccolò nie przeżyłby takich tortur. Pewnej nocy wydawało się, że umiera. Mówiła w gorączce, że przyszedł anioł i powiedział, iż jej syn będzie pierwszym skrzypkiem świata. Niccolò modlił się żarliwie i matka wyzdrowiała.
Nauczyciele uczyli go tylko kompozycji, gdyż grą przewyższał mistrzów. Skrzypce Amatiego, Guarneriego, Stradivariusa „spadały mu z nieba”. Publiczny debiut dziewięcioletniego skrzypka dał początek karierze — i legendom o konszachtach z diabłem. Cechy przypisywane sztuczkom są efektem nadludzkiej pracy: ćwiczył po osiem, czasem dwanaście godzin dziennie. Legendy podsycał sam, z niebywałym poczuciem humoru. Sale były pełne po brzegi.
Liszt, Meyerbeer, Verdi, Rossini pisali, że „był jedną z tych niebiańskich istot, które oślepiają blaskiem, a z jego skrzypiec płyną boskie dźwięki”.
Lidia Bajkowska
Powrót